Obraza światła

4 Czerwiec 2010

Gdyby tam nie wszedł zostałby ze świata usunięty raz na zawsze. Ale wszedł, więc mógł zasiąść do uczty razem z nadzieją. W biesiadowaniu jednak przeszkadzało światło.

Było tak jasno, że nie byli w stanie niczego dojrzeć. Wszystko było skąpane w ognistej poświacie jak owinięta kokonem mucha kąpiąca się w pajęczych sokach. Złote talerze odbijały każdą świetlną drobinkę, dzieląc ją na setki a może i setki tysięcy kolejnych drobinek, które rozpoczynały swój żywot tylko po to by umrzeć kiedy tylko nadejdzie noc. Na razie się na to nie zanosiło. Słoneczna uczta trwała w najlepsze. Światło hasało swobodnie, wypełniając sobą całą przestrzeń, mieszając się z powietrzem. Gdyby John Locke żył – ucieszyłby się, że może oświecać się przez inhalację. Jednak jego ciało już dawno było miejscem innej uczty. Małe czerwie i białe pędraki już od wielu lat trawią najpierw to co z Anglika zostało, a potem to co zostało z tych, którzy się nim żywili. Ślepe stworzonka stworzone tylko po to by żerować, by wdychać trupi odór i odrywać małe kąski mięsa, są takie same jak świetlne promienie. Jest ich całe mnóstwo i żerują na świecie pokazując to, co powinno pozostać w ukryciu. A kiedy zostanie pokazane, oświetlają twarze tych, którzy wcale sobie tego nie życzyli, którzy nie chcieli wiedzieć. Potem oni umierają i znów robaki dziękują robaczym bóstwom za dar śmierci. Koniec życia je napełnia, nasyca.

Było tak jasno, że nawet zamknięcie oczu nie pomagało. Światło bowiem zawzięcie atakowało twierdzę powiek i po kilku szarżach jaśniejących strzał zburzyło jej bramy, rozlewając się po całej, bezbronnej już, gałce ocznej. Półokrągła, wypukła powierzchnia cała oblana gęstym, żarzącym się rumieńcem. Bezsilna wobec gwałtu jaki został jej zadany. Tęczówka wraz ze źrenicą zwęziły się, stały maleńkim archipelagiem na morzu białka. Jednak i ten najmniejszy skrawek lądu wystarczył świetlnej armadzie. Światło przez dziurę w oku wlewało się bulgocząc i śliniąc się do mózgu. Spływało cieknąc po nerwie wzrokowym, a następnie rozlewało się po synapsach jak z rozbitego kubka. Dzięki temu, jedyną rzeczą jaką mógł zobaczyć, były jego powieki. Prześwietlone negatywy rzeczywistości zalanej niechcianym światłem. Widok okrutny, ale ciekawy. Na cienkiej błonce wyświetlało się wszystko to, czego nie oglądał bo zamykał powieki.

Za każdym razem kiedy uciekał wzrokiem, kiedy starał się nie patrzeć, zwyczajnie nie chciał się brudzić, chciał być czysty, biały, jasny. Teraz miał okazję w tej jasności pływać. Wlewała się ta mieszanka do nosa, przyspieszając oddech. Wlewała się do uszu sprawiając, że słyszał wyraźnie to, co zawsze starał się przykrywać czarnymi myślami.

Było tak jasno, że po pół roku z nadziei został wiór, który w świetle utonął i zaginął, i którego w świetle próbował bezskutecznie szukać. Najciemniej jest pod latarnią. To miejsce jak żywo zadawało kłam temu powiedzeniu. To miejsce było – jak się okazuje – karą, a miało być nagrodą. Chciał uciekać – nie miał gdzie. Chciał stać w miejscu i czekać – pochłania go rozświetlona otchłań.

Teraz albo nigdy – pomyślał. Otworzył usta i zaczął nabierać światła. Zaczął to światło nabierać, wdychać, wylepiać nim krwawiące dziąsła. Światło szukając nowych miejsc, ochoczo wypełniało jego usta i płuca. Kiedy już jego piersi świeciły się jak dwa brudne reflektory, zamknął usta i otworzył je ponownie. Tym razem gryzł to światło, kąsał bezlitośnie, wyrywał zębami promienie, refleksy. Przeżuwał większe, bardziej gorące kawałki. Czekał aż były chłodniejsze i połykał. Przełykiem wędrowały świetliste kawałki do żołądka, tam gromadziły się. Wypełniał się brzuch jego światłem, kwasy zaczęły przeżerać wypalone światłem ściany i wszystko to, czego tak bardzo się bał – cały jego wewnętrzny brud zaczął wylewać się dziurawym żołądkiem. Razem ze światłem, które szybko wybieliło brud, zamieniło go w ostre światło, które coraz szybciej zaczęło rozlewać się po ciele. Jego ręce i nogi pęczniały od nadmiaru żarzących się promieni. Korpus z każdą chwilą stawał się coraz okrąglejszy. W pewnym momencie poczuł się jak skórzany balon z kępkami włosów (ubrania pękły pod wpływem pęcznienia) – nogi przestały kojącą pewnością stykać się z podłożem, przewrócił się na obłe plecy, po czym zaczął unosić się w światłowietrzu. Delikatne podmuchy rodzących się promieni ciskały nim bezwiednie po całym pomieszczeniu. Kiedy przelatywał tak nad stołem, serdelkami palców chwycił wiór nadziei i mocno ścisnął. Nie miał pojęcia ile tego pomieszczenia przed nim, ile za nim. Wiedział tylko, że coraz cieńsza robi się jego skóra, ciągle od środka wypychana światłem. Nagle poczuł uderzenie. Ściana. Gwóźdź. Delikatny syk światłowietrza. Szybki ruch ręką.

Dryfował tak aż do końca tej opowieści. Zatkał się nadzieją. I tyle musiało mu wystarczyć.


Około północy

20 Styczeń 2010

Absolutnie nic się nie działo. Nawet słońce nie świeciło. Wiatr też nie wiał. Ulica była pełna pustki, która wlewała się gwałtownie przez okna do mieszkań. Tamże ludzie nie spali. Półtrwali na wpółżywi koło północy. Dokonania dnia materializowały się na ekranach telewizorów. Późna telewizja serwowała powtórki z bura, sceny kłótni i miłości, korki, tłoki w tramwajach, wylaną herbatę (gorącą jak diabli). Ale wszyscy to już widzieli. Wiedzieli dokładnie co się wydarzy za chwilę, za pół, za dwie.

W jednym z mieszkań telewizor stał martwy. Zamiast tego okna były otwarte. Miały przynieść ukojenie mężczyźnie, który siedział na krawędzi łóżka i płakał śmiejąc się. Migotliwe światło żarówki (45W) raz po raz przegrywało z ciemnością, rozjaśniając kawałek podłogi. Akurat ten kawałek, na którym leżało zimne szare oko. Właściwie nie tyle leżało ile zostało położone. Wrócił do domu, położył oko na podłodze i usiadł na łóżku. 4 godziny temu pamiętał jeszcze dlaczego taka kolej rzeczy miała sens. 5 godzin temu pamiętał dlaczego wyszedł z domu.

Teraz siedzi na łóżku. Lewe oko wyciska łzy, prawe eksplodowało radością. Prawe górne i prawe dolne wyszczerzone w sardonicznym uśmiechu. Lewe górne i dolne zasłonięte opadłymi – jak przy udarze – ustami. Lewą ręką nacinał klatkę piersiową, prawą radośnie pocierał udo.

Nie potrzebował bardzo tego oka – potrzebował czegoś na co będzie mógł patrzeć, czym może zastąpić mały globusik jaki stał na biurku. Im dłużej jednak oko leżało na podłodze, tym trudniej było patrzeć jemu samemu. Skrył więc źrenice, w krainie snów, od powiekami, gdzie od lat czekają niewypowiedziane słowa, pragnienia i marzenia o naprawdę długiej nocy po naprawdę długim dniu.

Przestał oglądać świat, tak jak ten zdawał się nigdy go nie dostrzegać.

Lewa ręka konstruowała nacięcie, żłobiąc krwawiący ślad na wysokości pępka. W tym momencie przestała, a on odłożył nóż, którym po wszystkim ukroi dwa kawałki chleba. Jeden posmaruje masłem i zje, a drugi pokruszony rzuci ptakom.

Krew sączyła się wolno przez wąską ranę. Wytężył słuch. Miarowe kapanie sprawiło, że na powrót otworzył oczy i zjednoczył zmysły. Obiema rękoma szukał sposobu jak dostać się do wnętrza. W końcu chwycił silnie nabrzmiałe krawędzi kawał linii i mocno szarpnął. Jelita wylały się na łóżko. Serce i płuca – więźniowie kostnej celi – tęsknym okiem spoglądały w mrok. Kiedy był już pusty, zagarnął cieńszym z jelit oko, chwycił je i połknął, po czym przesuwał je we własnych wnętrznościach ściskając raz z lewej raz z prawej. Uśmiechnął się, schował wszystko z powrotem. Dotykając rany sprawiał, że zasklepiała się i goiła pozostawiając delikatną bliznę. Po czym wstał, poszedł do kuchni i uroił 2 skibki: dla siebie i dla ptaków. Wróci na łóżko i spokojnie zasnął.

Nastał dzień – negatyw nocy. Światło leniwie pukało w szyby. Nic więcej się nie działo.
Kiedy się ocknął, okazało się że to wszystko było tylko snem.

Oko nadal leżało na podłodze.


Tryptyk jesienny III

4 Grudzień 2009

Wiersz miłosny na jasieńsko

.

.

Wstrząsają nami burze uniesień

Wśród zburzonych fal pościelowych

Nadeszła niechciana jesień

I nie jest tak źle jak mogło być

.

Policzek znaczy ślad Twojej dłoni

Ten piekący znak namiętności

Przekreśla słono exclamation mark

Naszej słodkiej miłości na opak


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.