Absolutnie nic się nie działo. Nawet słońce nie świeciło. Wiatr też nie wiał. Ulica była pełna pustki, która wlewała się gwałtownie przez okna do mieszkań. Tamże ludzie nie spali. Półtrwali na wpółżywi koło północy. Dokonania dnia materializowały się na ekranach telewizorów. Późna telewizja serwowała powtórki z bura, sceny kłótni i miłości, korki, tłoki w tramwajach, wylaną herbatę (gorącą jak diabli). Ale wszyscy to już widzieli. Wiedzieli dokładnie co się wydarzy za chwilę, za pół, za dwie.
W jednym z mieszkań telewizor stał martwy. Zamiast tego okna były otwarte. Miały przynieść ukojenie mężczyźnie, który siedział na krawędzi łóżka i płakał śmiejąc się. Migotliwe światło żarówki (45W) raz po raz przegrywało z ciemnością, rozjaśniając kawałek podłogi. Akurat ten kawałek, na którym leżało zimne szare oko. Właściwie nie tyle leżało ile zostało położone. Wrócił do domu, położył oko na podłodze i usiadł na łóżku. 4 godziny temu pamiętał jeszcze dlaczego taka kolej rzeczy miała sens. 5 godzin temu pamiętał dlaczego wyszedł z domu.
Teraz siedzi na łóżku. Lewe oko wyciska łzy, prawe eksplodowało radością. Prawe górne i prawe dolne wyszczerzone w sardonicznym uśmiechu. Lewe górne i dolne zasłonięte opadłymi – jak przy udarze – ustami. Lewą ręką nacinał klatkę piersiową, prawą radośnie pocierał udo.
Nie potrzebował bardzo tego oka – potrzebował czegoś na co będzie mógł patrzeć, czym może zastąpić mały globusik jaki stał na biurku. Im dłużej jednak oko leżało na podłodze, tym trudniej było patrzeć jemu samemu. Skrył więc źrenice, w krainie snów, od powiekami, gdzie od lat czekają niewypowiedziane słowa, pragnienia i marzenia o naprawdę długiej nocy po naprawdę długim dniu.
Przestał oglądać świat, tak jak ten zdawał się nigdy go nie dostrzegać.
Lewa ręka konstruowała nacięcie, żłobiąc krwawiący ślad na wysokości pępka. W tym momencie przestała, a on odłożył nóż, którym po wszystkim ukroi dwa kawałki chleba. Jeden posmaruje masłem i zje, a drugi pokruszony rzuci ptakom.
Krew sączyła się wolno przez wąską ranę. Wytężył słuch. Miarowe kapanie sprawiło, że na powrót otworzył oczy i zjednoczył zmysły. Obiema rękoma szukał sposobu jak dostać się do wnętrza. W końcu chwycił silnie nabrzmiałe krawędzi kawał linii i mocno szarpnął. Jelita wylały się na łóżko. Serce i płuca – więźniowie kostnej celi – tęsknym okiem spoglądały w mrok. Kiedy był już pusty, zagarnął cieńszym z jelit oko, chwycił je i połknął, po czym przesuwał je we własnych wnętrznościach ściskając raz z lewej raz z prawej. Uśmiechnął się, schował wszystko z powrotem. Dotykając rany sprawiał, że zasklepiała się i goiła pozostawiając delikatną bliznę. Po czym wstał, poszedł do kuchni i uroił 2 skibki: dla siebie i dla ptaków. Wróci na łóżko i spokojnie zasnął.
Nastał dzień – negatyw nocy. Światło leniwie pukało w szyby. Nic więcej się nie działo.
Kiedy się ocknął, okazało się że to wszystko było tylko snem.
Oko nadal leżało na podłodze.
Opublikował/a MapaSmerf