Kiedy tak szedł do domu, a robił to pieczołowicie, w każdym kroku udowadniając potrzebę istnienia błędnika, rozmyślał. Nad błędnikiem właśnie. Nad tym, że ktoś musiał mieć poczucie humoru nazywając go w ten sposób. Wszak on, zupełnie jak saper, nie może popełniać błędów. I czyni to nader rzadko. Chyba że się człowiek w trupa zaleje i postanowi błędnik semantycznie wytłumaczyć na przykładzie.
Myślał też – nie, wcale nie o tym co go przed chwilą spotkało – o więzieniach. O tym, że ludzie zamknięci w mikrych landach, muszą na nowo uczyć się żyć. Przestępca to człowiek, w jakieś mierze, nieprzystosowany do życia w społeczeństwie. A kiedy trafia do więzienia – staje się członkiem społeczności nieprzystosowanej do życia z samą sobą. Począwszy od mikrych landów, które nie dość że obskurne, to jeszcze dzielone z innymi niezdolnymi do dzielenia przestrzeni życiowej. Jak taka grupa ma funkcjonować?
Rozmyślałby dalej, gdyby nie słup ogłoszeniowy, który przykuł jego uwagę. Uczynił to na tyle skutecznie, że Gracjan wyrżnął – ciągle obolałą głową – w plakat reklamujący koncert Gwiazdy sponsorowany przez producenta Margaryny.
Ucieszył się, lubił tę Gwiazdę. Potrafił zanucić ich hit Powiedz, że jesteś kiedy Cię nie ma w niedzielę, a noga radośnie odbijała się od podłoża w rytmie Ptak Nietak.
Plakat był ogromnym zdjęciem Gwiazdy, której towarzyszył gargantuicznych rozmiarów krab w cylindrze, z samymi mankietami na szczypcach, w których dzierżył laseczkę. Kredowy ten papier, na którym druk naniesiono, odbijał światła latarni i chwytał w pułapki pigmentu ostatnie promienie zachodzącego słońca. Lśnił dzięki temu mijającym dniem, jednocześnie obiecując mieszkańcom Zabrza dobrą zabawę dnia następnego – oczywiście na koncercie sponsorowanym przez Margarynę.
Ciągle szedł do domu. Dlatego że powoli. I droga była daleka. Ale lubił chodzić. Myślał też nad perspektywą jutrzejszego koncertu. Grzechem byłoby nie skorzystać? Grzechem byłoby wydać te pieczołowicie zarobione pieniądze przeznaczone na coś zupełnie innego?
W pewnej chwili przestał myśleć. Ani powrót do domu, ani błędnik, ani koncert nie znajdowały się w tym momencie w tomiku rzeczywistości zatytułowanym: Matko, jak?!
Na ten tomik – słabej zresztą jakości – składał się sonet O Psie. Opowiadał on historię psa, który ubrany był lepiej niż Gracjan kiedykolwiek. Na głowie drastycznie czarny cylinder skrzył się maleńkimi czerwonymi cyrkoniami. Kubrak w jakie wbity był obły psi brzusio, wyglądał na wykonywany ręcznie przez beznogich mnichów z Himalajów, którzy łączą materiał siłą woli. Mało tego! Pazury miał pomalowane bezbarwnym lakierem, a na łapach miał rajtuzki – o ironio – cieliste.
Czworonożna Paris Hilton, której – między nami – niewiele brakuje do poziomu reprezentowanego przez jakiegokolwiek psa, bezczelnie podnosiła nogę w wiadomym celu. Mur, który padł ofiarą konkretnej funkcji życiowej, wyglądał na zadowolonego z zainteresowania jakim został obdarzony.
Gracjan spojrzał na zegarek. Odruchowo, i tak było za późno żeby kupić gazetę i przeczytać coś czego nie znalazł rano w sieci. Westchnął.
Jego dom ciągle stał tam, gdzie go widziano po raz ostatni. Maleńka ulica, której nie umieszcza się na mapach, bo jej długość pomniejszona w skali 1:10 000 przyjmuje wartości ujemne. Stary dom, co jakiś czas odnawiany, zawierał w sobie zgromadzenie staruszek, staruszków, kilka psów, studentów i ze dwie rodziny, które nie były ani jednym, ani drugim. Psy wykluczyłem z góry. Naprawdę jednak, najciekawsze były ściany: ile warstw farby by nie położono, wiecznie, ale szlachetnie szare. Jedynymi białymi elementami były plastikowe okna, których Gracjan się bał. „Plastik to szkło plebsu” zwykł myśleć w głębi Tak cicho, że tylko nocą, kiedy akurat pobliska fabryka nie toczyła wagonów, mógł myśl pochwycić.
Przekroczył pierwsze drzwi, które dzieliły świat zewnętrzny od świata wewnętrznego, świata klatki schodowej, brudnej, pokrytej żłobieniami kurw i Baś kochających Maćki. Przestrzeń klatki schodowej, byłaby świetnym tematem dla twórców, artystów: ciasne, brudne, duszne, ale wiecznie chłodne i pnące się w górę. Pod rozwagę.
Podszedł do swoich drzwi, mechanicznie przekręcił klucz. Tak mechanicznie, że zapomniał że to zrobił. Był u siebie.
Wrócił do domu.