Puszczyk

30 styczeń 2009

Jak puszczyk się nocą puszczam

krawędzi co kanty ostre szczerzą

zęby na granatowym nieba tle

gwiazdy psze pana nie wierzą

w zakończenia że mogą być złe


niesympatetyczna się robię gdy

gryzę słowa i w przełyk upycham

pomiętych strzępki fryzesów i puch

w nos utykam i ciężko oddycham

obserwując powolny kurzu ruch


Puszczam się jak farba olejna

złażąca z drewniannych drzwi

bezczelnie stojących przekornie

na oścież sypialnianych drwin


Dodom

29 styczeń 2009

Kiedy tak szedł do domu, a robił to pieczołowicie, w każdym kroku udowadniając potrzebę istnienia błędnika, rozmyślał. Nad błędnikiem właśnie. Nad tym, że ktoś musiał mieć poczucie humoru nazywając go w ten sposób. Wszak on, zupełnie jak saper, nie może popełniać błędów. I czyni to nader rzadko. Chyba że się człowiek w trupa zaleje i postanowi błędnik semantycznie wytłumaczyć na przykładzie.
Myślał też – nie, wcale nie o tym co go przed chwilą spotkało – o więzieniach. O tym, że ludzie zamknięci w mikrych landach, muszą na nowo uczyć się żyć. Przestępca to człowiek, w jakieś mierze, nieprzystosowany do życia w społeczeństwie. A kiedy trafia do więzienia – staje się członkiem społeczności nieprzystosowanej do życia z samą sobą. Począwszy od mikrych landów, które nie dość że obskurne, to jeszcze dzielone z innymi niezdolnymi do dzielenia przestrzeni życiowej. Jak taka grupa ma funkcjonować?
Rozmyślałby dalej, gdyby nie słup ogłoszeniowy, który przykuł jego uwagę. Uczynił to na tyle skutecznie, że Gracjan wyrżnął – ciągle obolałą głową – w plakat reklamujący koncert Gwiazdy sponsorowany przez producenta Margaryny.
Ucieszył się, lubił tę Gwiazdę. Potrafił zanucić ich hit Powiedz, że jesteś kiedy Cię nie ma w niedzielę, a noga radośnie odbijała się od podłoża w rytmie Ptak Nietak.
Plakat był ogromnym zdjęciem Gwiazdy, której towarzyszył gargantuicznych rozmiarów krab w cylindrze, z samymi mankietami na szczypcach, w których dzierżył laseczkę. Kredowy ten papier, na którym druk naniesiono, odbijał światła latarni i chwytał w pułapki pigmentu ostatnie promienie zachodzącego słońca. Lśnił dzięki temu mijającym dniem, jednocześnie obiecując mieszkańcom Zabrza dobrą zabawę dnia następnego – oczywiście na koncercie sponsorowanym przez Margarynę.
Ciągle szedł do domu. Dlatego że powoli. I droga była daleka. Ale lubił chodzić. Myślał też nad perspektywą jutrzejszego koncertu. Grzechem byłoby nie skorzystać? Grzechem byłoby wydać te pieczołowicie zarobione pieniądze przeznaczone na coś zupełnie innego?
W pewnej chwili przestał myśleć. Ani powrót do domu, ani błędnik, ani koncert nie znajdowały się w tym momencie w tomiku rzeczywistości zatytułowanym: Matko, jak?!
Na ten tomik – słabej zresztą jakości – składał się sonet O Psie. Opowiadał on historię psa, który ubrany był lepiej niż Gracjan kiedykolwiek. Na głowie drastycznie czarny cylinder skrzył się maleńkimi czerwonymi cyrkoniami. Kubrak w jakie wbity był obły psi brzusio, wyglądał na wykonywany ręcznie przez beznogich mnichów z Himalajów, którzy łączą materiał siłą woli. Mało tego! Pazury miał pomalowane bezbarwnym lakierem, a na łapach miał rajtuzki – o ironio – cieliste.
Czworonożna Paris Hilton, której – między nami – niewiele brakuje do poziomu reprezentowanego przez jakiegokolwiek psa, bezczelnie podnosiła nogę w wiadomym celu. Mur, który padł ofiarą konkretnej funkcji życiowej, wyglądał na zadowolonego z zainteresowania jakim został obdarzony.
Gracjan spojrzał na zegarek. Odruchowo, i tak było za późno żeby kupić gazetę i przeczytać coś czego nie znalazł rano w sieci. Westchnął.
Jego dom ciągle stał tam, gdzie go widziano po raz ostatni. Maleńka ulica, której nie umieszcza się na mapach, bo jej długość pomniejszona w skali 1:10 000 przyjmuje wartości ujemne. Stary dom, co jakiś czas odnawiany, zawierał w sobie zgromadzenie staruszek, staruszków, kilka psów, studentów i ze dwie rodziny, które nie były ani jednym, ani drugim. Psy wykluczyłem z góry. Naprawdę jednak, najciekawsze były ściany: ile warstw farby by nie położono, wiecznie, ale szlachetnie szare. Jedynymi białymi elementami były plastikowe okna, których Gracjan się bał. „Plastik to szkło plebsu” zwykł myśleć w głębi Tak cicho, że tylko nocą, kiedy akurat pobliska fabryka nie toczyła wagonów, mógł myśl pochwycić.
Przekroczył pierwsze drzwi, które dzieliły świat zewnętrzny od świata wewnętrznego, świata klatki schodowej, brudnej, pokrytej żłobieniami kurw i Baś kochających Maćki. Przestrzeń klatki schodowej, byłaby świetnym tematem dla twórców, artystów: ciasne, brudne, duszne, ale wiecznie chłodne i pnące się w górę. Pod rozwagę.
Podszedł do swoich drzwi, mechanicznie przekręcił klucz. Tak mechanicznie, że zapomniał że to zrobił. Był u siebie.
Wrócił do domu.


Teraz wszystko

27 styczeń 2009

Stałem się i widziałem, węszyłem, czułem, słuchałem oraz mówiłem wszystko. Bez trudu udało mi się zobaczyć, wywęszyć, wyczuć i usłyszeć każdą składniową część wszystkiego; problem pojawił się dopiero, gdy chciałem je wszystkie powiedzieć. Wszystko wydało mi się irytująco nieuporządkowane i nieogarnięte, zacząłem więc bardzo chcieć coś zrobić ze wszystkim, żeby móc je w końcu powiedzieć tak, jak należy. Zastanawiając się nad stanem wszystkiego ostatecznie ograniczyłem się do kroku w teraz przede mną. Całkiem znośnie chyba poszło, gdyż zdecydowanie nie znajdowałem się już w teraz, które już było, a wszystko nie było tym wszystkim sprzed teraz. Muszę przyznać, że odrobinę nieswojo się z tym czułem. Nie byłem do końca pewien, czy aby takim kroczeniem nie zepsuję wszystkiego jeszcze bardziej, więc się cofnąłem. Nieco zbyt mocno, jeśli miałbym być dokładny. Wylądowałem w teraz, które było jeszcze przed teraz, z którego wystartowałem do teraz sprzed chwili, a całemu mnie stało się wszystko, z którego stanie się wszystko, którego nie mogłem powiedzieć. Dziwne było to wszystko. Prawie, jakby dopiero stawało się wszystkim. Starałem się zrozumieć, dlaczego wszystko staje się od razu takie nie do powiedzenia i w tym momencie oczom moim ukazał się fenomen, a mianowicie ja. Dokładniej ja w teraz, którego w moim obecnym teraz jeszcze nie było. Stałem tam i właśnie miałem popełnić krok w nowe teraz. Zawahałem się, czy aby nie powstrzymać się przed tym, ponieważ, jak już teraz wiem, nie spodoba mi się to. Zdecydowałem i z zamiarem powstrzymania się poszedłem za mną, ale już mnie nie było. Było za to moje teraz i wszystko, którego nie mogłem powiedzieć. Stałem się też ja, popatrzyłem na siebie i zastanowiłem się, co mogę ze sobą zrobić, gdyż jak dotąd nie miałem możliwości zrobienia czegoś ze sobą. Tak więc postanowiłem sobie, że mam czekać tutaj, aż się pojawię, a ja tymczasem sprawdzę czy da się coś zrobić, żeby dało się powiedzieć wszystko. Niestety ze wszystkim wciąż było coś nie tak. Za to spotkałem się z sobą i wyjaśniłem zaistniałą sytuację. Zgodziłem się ze sobą i sobą, że skoro mam możliwość pójścia w teraz, żeby sprawdzić wszystko po teraz, pójścia w teraz, żeby sprawdzić wszystko przed teraz i zostania tutaj, żeby czekać na siebie, to zdecyduję się na to. Poszedłem do późniejszego teraz, jednak znowu zniosło mnie dalej, niż chciałem. Wylądowałem w bardzo innym teraz, które – o radości! – miało już zdecydowanie bardziej inne wszystko od wszystkiego z pierwszego teraz. Spotkałem też siebie i dowiedziałem się, że ze wszystkim dzieją się bardzo dziwne rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić. Powiedziałem sobie, żebym nie tracił nadziei, ponieważ zajmuję się wyjaśnieniem wszystkiego tak bardzo, jak tylko potrafię. Skinąłem głową z lekką ulgą mówiąc, że w takim razie poczekam i zobaczę jak tu będzie ze wszystkim, a w tym czasie szykowałem się już do powrotu do mojego teraz i podzielenia się ze sobą wszystkim o bardziej innym wszystkim z tego dziwnego teraz. W czasie, gdy bacznie obserwowałem wszystko z nadzieją na zmianę, nie wiedziałem gdzie iść. Wszystkie teraz wydawały mi się z tego teraz jednakowe i – nie mogąc dostrzec dokładniej ich wszystkiego – nie byłem pewien, czy trafię do swojego teraz. Poszedłem więc tam, gdzie myślałem, że pamiętam swoje teraz. Sądziłem, że miałem nagły przebłysk, lecz wylądowałem w jeszcze dalszym teraz, niż poprzednie, dalekie teraz. Szczerze powiedziawszy – to teraz mnie zaszokowało, dosłownie zatkało dech w piersiach. Zobaczyłem, że jestem tam i mówię wszystko. Stałem oniemiały i przyglądałem się sobie. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia i wtedy powiedziałem mi: To lokaj zabił. Spojrzałem za siebie i wszystko stało się jasne.