Strasznie grube dziecko, które trzęsło się w biegu jak San Francisco w 1906, bacznie obserwowało okolicę. Tłustym lewym oczkiem dostrzegało małe ptaszki, które swym radosnym godowym nawoływaniem rozrywały na strzępy niczym niezmąconą dotąd ciszę. Prawy zaś, pączkopodobnie wypełniony oczodół, był świadkiem bezwstydnie pracujących, w swych pasiastych uniformach, pszczół.
Sielanka taka mogłaby pewnie trwać wiecznie. Wystarczyłoby tylko, by ktoś powstrzymał świat przed zmianami i parciem do przodu. Na łeb, na szyję, na zapas. Porywiście, po cichu, po co?!
I oto, w blasku glorii i chwały pełna, zjawiła się Odpowiedź. Brzmiała ona: właściwie nie wiem. I świat się zatrzymał.
Konglomerat źrenic i rogówek nieprzerwanie widział to samo. Pszczoły, ptaszki, drzewa. W skrócie jakiś parczany krajobraz, który w opowiadaniu powinien być jak chałwa: słodki i mdły. Tak jak chałwa.
Strasznie grube dziecko przez pewien czas nie reagowało na to co się dzieje. Zresztą jak reagować na nic? Po pewnym jednak czasie zaczęło się nudzić. Zmysły atakowane przewlekłą stopklatką zaczynały tępieć, zmieniać się w jeden nieprzerwany strumień, który krążył wewnątrz dzieciaka unieruchamiając je w sposób niepodważalny.
Po chwili jednak, coś zaczęło niepokoić grubaska. Spróbował pochylić się i podnieść liść, który kusząco skrzył się niezmienną czerwienią.
- To przecież nic trudnego. Zegnij nogi tam gdzie możesz i wyciągnij serdelki chciwie po niego – mówił mu ktoś, kto aktualnie zajmował się aparatem decyzyjnym w jego wnętrzu. Był stary. Głos nie zostawiał co do tego żadnych wątpliwości. Zachrypnięty, z lekką wadą wymowy. Można w nim było usłyszeć ślinę, która oblepiała usta kiedy mówił. A także lata spędzone na oddalaniu się od chwili urodzenia.
Spróbował zatem. Gdyby porównać obraz sprzed i w trakcie próby – nie zauważylibyśmy żadnych zmian. Z prostej przyczyny – nic się nie zmieniło. Gęsty lukier trwania oblepiał wszystko tak dokładnie, że jakikolwiek ruch stawał się niemożliwy. Liście, które spadały, chciały opadać dalej, ale wisiały zawieszone pod błękitnym sufitem. – Zupełnie jak w moim pokoju – pomyślało dziecko. – Brakuje tylko drzwi z – a jakże! – pozłacaną klamką – dodało.
Nie trzeba było długo czekać. Zaciśnięta w piąstkę lewa ręka zaczęła połyskiwać, nadgarstek zaczęła drążyć dziurka od klucza. Skoro nic się nie zmienia, to wszystko jest wszędzie. W każdym pojedynczym punkcie, okruchu, ziarnku kurzu, kropelce potu wszystko być musi.
Dziecko szybko przestało myśleć. Chciało działać. Przeszkadzały w tym dwie rzeczy: fakt, że jest dzieckiem i to że świat się zatrzymał. I o ile bycie dzieckiem miało jeszcze jakieś plusy: słodycze, prezenty, podwórko, koledzy. O tyle sytuacja w jakiej znajdował się glob zdawała się tych plusów nie mieć.
- Myśl szybko! – ponaglał głos.
- Przynajmniej się nie zestarzeję – wypalił chłopiec, któremu łatwiej wyznaczyć promień niż wysokość.
Miał rację. Przynajmniej się nie zestarzeje.
Będąc strasznie grubym dzieckiem to i świat, i sumienie, a nawet diabła można mieć w dupie.
Ptaszki ćwierkają, słonko świeci. Tak ma być.
Mały i beztroski
20 luty 2009nietrwałość pamięci czasu
14 luty 2009Obłoczki mój oddech unoszą
Pod samą białą powałę
Wzajem się zwinnie znoszą
Na sufit mą cześć i chwałę
Akapit o herbacie
7 luty 2009W domu nie czekało go nic nadzwyczajnego. Postanowił więc działać zwyczajnie. Rozpiął kurtkę i rzucił niedbale szmatę na drewniany regał. Ten z kolei nie poruszał się wcale. Stał tak jak został skręcony, scalony szwedzkimi śrubkami, gwoździami, złączkami. Jakieś lepiszcze trzymało go w tej trwałości i nie pozwalało przestać. Gracjan minął go jednak bezbarwnie, tak jak mijał schody, progi, framugi, i poszedł do kuchni. Robił herbatę. Właściwie to nie pił herbaty, ale lubił tak o sobie myśleć. Pijał napój koloru herbaty i słodyczy cukru, ale nie był herbatą. Chociaż tak szumnie go nazywał. Nie pijał bowiem kawy, a dobrze pić coś, co czyni człowieka człowiekiem. Kawie przypisuje się dużo cech, wywyższa ponad inne napoje, czyni konstytuantem dojrzałości. Gracjan nigdy tego nie rozumiał. Nie lubił zapachu kawy. Nie znosił smaku kawy. Jedyne co kojarzyło mu się dobrze z kawą, to kawiarnie. Ale i tak wybierał tam herbatę. Dla postronnych mógł być zwyczajnym pozerem, ale nigdy go to nie obchodziło.
Pewnym krokiem wszedł do pokoju, gdzie czekało go – o ironio – nic ciekawego! Poszukał podstawki pod kubek, na której delikatnie usadowił ceramiczne naczynie, gdzie pływała sobie spokojnie maleńka, przesłodzona chwila wytchnienia.
Był zmęczony. Dużo rzeczy się dziś wydarzyło, z czego żadna nie wniosła do jego życia niczego poza rozstrojem nerwowym. Dlatego, wyjątkowo, nie starał się wspominać tego co było. Wyłączył telefon, założył słuchawki, wybrał Accelerated Evolution i zamknął oczy.
Kiedy je otworzył, znajdował się w kinie. Pełnym, absolutnie zapełnionym jak nieczyszczony zlew. Każde miejsce, schodek, rozpadlina, ślad po odłażącej farbie – wszystko to było pozajmowane ludźmi. Jakby tego było mało – nie przyszedł tam sam. Jako, że rzadko chadza do kina, a szczególnie rzadko w towarzystwie uroczych kobiet, dla pewności otworzył oczy po raz drugi. I co? Nadal był w kinie. Tym razem jednak siedział w loży, otoczony ludźmi. Po prawej ręce siedziała skulona na – powiedzmy to sobie otwarcie – niewygodnym jak cholera krześle, urocza kobieta. Postanowił nie otwierać oczu, nie chciał być gdzie indziej. Podobała mu się zaistniała sytuacja, w której film przestał być istotny, a ważne zaczęły być urocze usta uroczej. Oboje odważnie szarżowali to niepozorne miejsce usadowione tuż pod nosem. W sekundzie, w której czuł się szczęśliwy, na ekranie pojawiły się przeogromne drzwi, przez które wszedł – sam w to nie wierzył – człowiek sprzedający gadżety Iron Maiden. Nie musiał już otwierać oczu, by znaleźć się w sklepie pełnym koszulek, kubków, czapek, szalików, skarpetek, scyzoryków, takich wielkich baniaków z wodą i pościeli. Wszystko sygnowane logiem Maiden. Gracjan czuł, że umiera, postanowił jednak przed śmiercią kupić czapkę.
Następne co pamięta, to jego pokój, słuchawki osunięte na szyję i zimną herbatę. O bezlitośnie wskazującym dziesiątą zegarze, nawet nie wspomnę. Miał nadzieję, że ten dzień to sobota, albo chociaż niedziela, że nie będzie musiał nic robić, że pozostanie w kokonie kabli i oparów marzeń.
Naiwny Gracjan. Była środa, dzień ważny. Za 47 minut i 12 amper, miał wizytę u laryngologa, a w każdym bądź razie u lekarza od gardeł. Spięty Gracjan najpierw postanowił się przebrać, a potem doprowadzić się za pomocą wody, sprytnych mieszanek tłuszczów i siły woli, do stanu względnej używalności. Rozsądny jednak postulował, by najpierw wypróbować na sobie wartość specyfików, które ponoć sprawiają, że wszystkie kobiety będą jego, skóra mu się nie złuszczy, stopy nie będą swędzić, a blaskiem cery będzie mógł zasilać Lebanon, a dopiero potem odnaleźć konstytuanty konwenansów, czyli wyprasowaną koszulę, świeże skarpetki i takie tam. Nie minęło 15 minut, nie upłynęło wiele łososi w Bałtyku, a był gotowy stawić czoła śmiesznemu panu z okrągłym lusterkiem na głowie.
Wyszedł z domu.
Opublikował/a MapaSmerf
Opublikował/a JeszaPerytektyka
Opublikował/a MapaSmerf