Sorry dentyści

Pierwszy raz pomyślałem o Tobie, jak nie miałem jeszcze oczu. Krążąc w oddali, z dala od tego świata, tej sceny pełnej zębów i kości, byłem świadom istnienia. Oczywiście nie wiedziałem, że to będziesz Ty. Miałem wyobrażenie, które potem zostało przez Ciebie przekute w ciało i słowa.
Wtedy otaczało mnie wielu takich jak ja: stojących gdzieś z boku, w cholernie niewygodnym rozkroku między dużą a małą wskazówką. Byliśmy transcendentni i transparentni. Czas usługiwał nam cierpliwie, a aniołowie i diabły w dusznych, lepkich od obłudy barach, grali w kości o nasze dusze. Jeden z nich, nie wiem jak się nazywał, przegrał kilka dusz. W tym moją. Nie mogąc pogodzić się z porażką, zbliżył się do nas i każdemu, zadał ranę. Głęboką, jątrzącą się nadzieją, paskudną ranę.
Potem nie pamiętam nic.
Aż do teraz.
Obudziłem się we wtorek. Już miałem oczy, kości i zęby. Te ostatnie jak się okaże potem, pewnie były pożyczone, bo szybko je straciłem. Cała reszta też nie należała do mnie, za wyjątkiem wspomnianych już kości. Oczywiście, chciałem żeby wszystko było moje. Pomału powiększałem swoje imperium, ciesząc się z bycia posiadaczem.
Jednak do rzeczy. Spotkałem Cię następnego dnia.
Lubiłem. Nienawidziłem. Lubiłem, ale irytowała mnie Twoja obecność. Nienawidziłem, ale tęskniłem za Tobą. Byłem rzucany po skali emocji, od jednego ekstrema do drugiego. Byłem absolutnie spolaryzowany. Podejrzewam nawet, że zaburzałem pracę niektórych kompasów.
Tak ten czas rozkosznie mijał, okolica wypełniała się innymi ludźmi, innymi szansami. Niekiedy nawet świeciło słońce i latarnie. Pod jedną z nich, pewnego dnia, spotkałem Boga. Na nic nie czekał, niczego nie wpatrywał – przecież jest Bogiem! Po prostu stał. Podszedłem do niego. On zrobił krok do tyłu. Wysunąłem lewą nogę w bok. On zrobił to samo. Spojrzałem na jego nogi: odziane w eleganckie spodnie, zaprasowane w idealny kant (tzw. Styl na Immanuela), który prawdopodobnie mógł rozpłatać gardło jakiemuś Pigmejowi, a zakończone ów nogi, czarnymi jak brudny śnieg, lśniącymi w świetle latarni butami. Potem spojrzałem mu w oczy. Były ich setki, skupione w dwóch bezdennych oczodołach. Postanowiłem cofnąć się o krok. On podszedł o ten krok bliżej. Wyciągnąłem przed siebie prawą rękę, on lewą. Chwyciłem go w pół lewą ręką, prawą zaś chwyciłem jego lewą. I zaczęło się. Z okolicznych śmietników wyłonili się najwięksi: Bizet, Mozart, większość członków Buena Vista Social Club. Beethoven zaczął naliczać, Bizet komponować, Mozart to poprawiał, a pozostali grali. To było tango pomieszane z sambą. Poły płaszcza Boga rozdęły się na wietrze, niczym suknia hiszpańskiej tancerki. Prowadziłem ten szalony taniec. Nie znałem kroków, ale improwizowałem, szło całkiem dobrze. Po chwili, niesieni diabelną melodią, zaczęliśmy krążyć wokół – teraz już płonącej – latarni. Potknąłem się o krawężnik, wyrżnąłem głową w słup ognia, i oddalem prowadzenie w tańcu Bogu. Muzyka się uspokoiła. Delikatne dźwięki skrzypiec przeszywały powietrze. Zasypiałem. Spod na wpół zamkniętych powiek widziałem tylko guziki na płaszczu partnera. Widząc to, Bóg, delikatnie kopnął w kostkę. Nie mnie, ale Beethovena. Ten zrozumiał o co chodzi, dał znak, smyczki, waltornie i zagrzmiały trąby jerychońskie. Myślałem, że odpadnie mi łeb.
No masz…
Głowa moja potoczyła się prosto pod Twój próg. Zajęło to jej (mi) trochę czasu, ale z drugiej strony i tak dokonałem tego szybciej niż w przypadku poruszani się na nogach. Niestety wtedy nie byłem w stanie już mówić – zbyt wiele się wydarzyło, nie wiedziałem od czego zacząć…
Teraz… teraz znowu czekam. Tym razem już pod ziemią. Za to znów bez oczu, zębów, kości.

Dodaj komentarz