I znowu duszno. Duszno pewnie jak w piekle. Tylko tam przynajmniej wiadomo dlaczego. I z jakiego powodu trzeba tam być. W tym tkwi przewaga piekła nad dusznym mieszkaniem. Mieszkaniem pełnym absolutnie lepkiego powietrza, które jest jak syrop. Spływa powoli po suficie, ścianach, pochłaniając wszystko co jest na jego drodze. Zostawia słodkie, gęste smugi na białych ścianach, zupełnie ignorując zasady feng shui. Niespiesznie bezwarunkowy nałóg oddychania aplikuje mi ten syrop do nosa i ust. Wieczorem. Dziś. Najpierw wypełnia lewą dziurkę, niezdarnie jak niemowlę na łyżwach. I podobnie męcząco. Potem, kiedy nauczy się mówić, i powie rodzicom że wcale nie chce ślizgać się po lodzie, zabiera się za prawą dziurkę. Ciągle jednak robi to powoli, na tyle powoli, że jakiekolwiek interwały przestają mieć znaczenie. Minuty, godziny, lata – jeden pies. I spływa potem ten syrop po gardle, gardzieli, podgardlu. Cholernie powoli oblepia ściany rury, w jaką obdarzyła człowieka Natura. I sunie tak nieznacznie w dół, zgodnie z odkryciami Newtona, i zatyka usta, zasklepia głośnię. Żebym nie mógł powiedzieć, wykrzyczeć, jak cholernie duszno jest w mieszkaniu. Nie zatrzymuje się nigdzie, tylko kontynuuje swój ironiczny pochód do oskrzeli, a potem do płuc, by tam uroczyście zaanektować pęcherzyk, pogłębić astmę, udusić mnie. Próbuję krzyczeć. Błąd. Syropu leje się coraz więcej, coraz wolniej. Jakby tego było mało, nie mogę niczego usłyszeć. Tak, C-moll, E5 stały się wspomnieniem. Powoli syrop zalewa mi mózg. Każda synapsa zostanie owinięta kokonem cząsteczki tlenu. Piekielnie gęstego, nieprzyzwoicie zapychającego i suchego tlenu. Próbuję szukać prawdziwego powietrza. Biorę łopatę i przerzucam hałdy syropu. Błąd. Nie zabezpieczyłem boków i syrop z góry zalewa każdy otwór jaki wykopię w powietrzu. Zaczynam tonąć, ale tak bardzo, rozpaczliwie chcę oddychać. Chcę udowodnić, że mogę, że warto. Bo jestem człowiekiem, i walka o byt to mój wrodzony obowiązek. Przedłużenie gatunku, psia jego mać. Więc macham rękami i nogami. Oczywiście w slow motion, bo w syropie inaczej nie można. Stężenie powietrza dokoła mnie wynosi już jakieś 7000%. W każdej cząsteczce powietrza jest więcej powietrza niż czegokolwiek innego kiedykolwiek tam nie było. Podejmuje ostatnią próbę. Widziałem to kiedyś w telewizji – jak rozetnę sobie szyję i wsadzę długopis to będę mógł oddychać. Długopis już jest, nawet kartka i odpowiedź na list do X, której jeszcze nie napisałem, a minęły 4 lata. Nie ma za to noża. Jest za to syrop. Wszędzie syrop. Nie ma jak oddychać.
Łaski bez.
Tymczasowe epitafium. Dziękujemy wszystkim, którzy nigdy tutaj nie zajrzeli.
Opublikował/a MapaSmerf