Nad brzegiem morza znów nie było nic intersującego. Woda do pewnego momentu zalewała piasek, a potem się cofała. Do pewnego momentu zalewała i cofała. Do momentu i cofała. I tak w koło Macieju.
„Macieju” – powtórzyło echo.
Skąd do cholery nad morzem echo?!
„Echolera, cholera, era, era…” – w najlepsze powtarza echo, nic nie robiąc sobie z Macieja uwag.
Do jasnej Anielki, nie dość że tu diabelnie nudno, nic się nie zmienia, tylko ta woda wszędzie, to jeszcze echo, które pojawia się tylko jak narzekam!
„E tam, e tam, e tam” – zadrwiło z Maćka echo.
Nie widzę sensu dyskutować z echem. Nie masz ciała. Nie masz własnego zdania. Nawet – pomimo wieku – nie możesz głosować.
„Mać, mać, mać” – radośnie ripostuje zjawisko, pokazując jasno kto tutaj rządzi. Echo bowiem mimo, że irracjonalnie nadmorskie, nadal pozostawało tym samym echem jakie od lat znamy z filmów, baśni czy opowiadań.
Ok., załóżmy że możesz głosować. Ale to nadal nie zmienia faktu, że nie jesteś w stanie trzymać długopisu…
„Pisu, pisu, pisu…”
Stanął jak wryty, ale zdążył jeszcze opuścić ręce. To niedorzeczne, w tym kraju nawet echo zna się na polityce!
I Maciej odszedł, powędrował w góry gdzie dla odmiany spotkał go przypływ kpiący z kampanii społecznych oraz odpływ podnoszący kwestie narodowowyzwoleńcze.
Matka Natura najwyraźniej dostała okresu.