W pociągu je się z nudów. Nie trzeba być głodnym, ale jeść trzeba (by żyć – banał). W pociągu, przegryzając kanapkę z serem napakowaną serem – koniecznie żółtym i tłustym – szynką pachnącą dymem i obietnicą sytości i sałatą kładziemy jeszcze sekundy, godziny. Wiele z nich pełnych jest słów których nie wypowiedzielibyśmy z lenistwa – bo nudzić się jest sztuką wysiłkowania bezproduktywnego. Niewypowiedzianych bo mieliśmy pełne usta. Pełne po brzegi rytmicznego taktak taktak taktak, w którym rozmywa się jakakolwiek chęć działania. Pozostaje usypiające gapienie się na trawę jeziora góry fabrykę. To nieprawda, że owiec liczenie jest metodą na bezsenność.
Na bezsenność najlepiej wsiąść do pociągu. Samemu – chociaż to nieważne, bo w pociągu zawsze jest się samym, inni ludzie przestają w pociągu trwać – i usiąść przy oknie. Najlepiej już otwartym, albo na stałe przyspawanym niemocą (żeby przypadkiem nie drgnęło, nie poruszyło się kiedy będziemy się przezeń gapić). Wtedy będziemy wlepiać wzrok w świat biegnący na zewnątrz. I tylko tam. W wagonie jest spokój. Wagon się nie zmienia, zawsze jest taki sam. Odrapany stolik jest taki sam. Rozeta z plastikwoego worka wyrastająca dumnie na firmamencie kosza na śmieci nigdy się nie zmieni. Dziwaczna tapicerka też taka sama. Zawsze.
Oczy to widzą i się przyzwyczajają. Potem widzą trwaę jeziora góry fabrykę i głupieją. Jedno patrzy i się przyzwyczaja. Drugie rozrywane jest zmiennością, która się – o cholera! – nie zmienia. Dlatego się je i zapomina. O tym, że się pamiętało.
Człowiek odpływa, ciało zapada w błogi sen.
Dlatego się je, żeby skrócić godziny, urżnąć im łebki. Żeby były krótsze.
Opublikował/a MapaSmerf
Opublikował/a JeszaPerytektyka