Gdyby tam nie wszedł zostałby ze świata usunięty raz na zawsze. Ale wszedł, więc mógł zasiąść do uczty razem z nadzieją. W biesiadowaniu jednak przeszkadzało światło.
Było tak jasno, że nie byli w stanie niczego dojrzeć. Wszystko było skąpane w ognistej poświacie jak owinięta kokonem mucha kąpiąca się w pajęczych sokach. Złote talerze odbijały każdą świetlną drobinkę, dzieląc ją na setki a może i setki tysięcy kolejnych drobinek, które rozpoczynały swój żywot tylko po to by umrzeć kiedy tylko nadejdzie noc. Na razie się na to nie zanosiło. Słoneczna uczta trwała w najlepsze. Światło hasało swobodnie, wypełniając sobą całą przestrzeń, mieszając się z powietrzem. Gdyby John Locke żył – ucieszyłby się, że może oświecać się przez inhalację. Jednak jego ciało już dawno było miejscem innej uczty. Małe czerwie i białe pędraki już od wielu lat trawią najpierw to co z Anglika zostało, a potem to co zostało z tych, którzy się nim żywili. Ślepe stworzonka stworzone tylko po to by żerować, by wdychać trupi odór i odrywać małe kąski mięsa, są takie same jak świetlne promienie. Jest ich całe mnóstwo i żerują na świecie pokazując to, co powinno pozostać w ukryciu. A kiedy zostanie pokazane, oświetlają twarze tych, którzy wcale sobie tego nie życzyli, którzy nie chcieli wiedzieć. Potem oni umierają i znów robaki dziękują robaczym bóstwom za dar śmierci. Koniec życia je napełnia, nasyca.
Było tak jasno, że nawet zamknięcie oczu nie pomagało. Światło bowiem zawzięcie atakowało twierdzę powiek i po kilku szarżach jaśniejących strzał zburzyło jej bramy, rozlewając się po całej, bezbronnej już, gałce ocznej. Półokrągła, wypukła powierzchnia cała oblana gęstym, żarzącym się rumieńcem. Bezsilna wobec gwałtu jaki został jej zadany. Tęczówka wraz ze źrenicą zwęziły się, stały maleńkim archipelagiem na morzu białka. Jednak i ten najmniejszy skrawek lądu wystarczył świetlnej armadzie. Światło przez dziurę w oku wlewało się bulgocząc i śliniąc się do mózgu. Spływało cieknąc po nerwie wzrokowym, a następnie rozlewało się po synapsach jak z rozbitego kubka. Dzięki temu, jedyną rzeczą jaką mógł zobaczyć, były jego powieki. Prześwietlone negatywy rzeczywistości zalanej niechcianym światłem. Widok okrutny, ale ciekawy. Na cienkiej błonce wyświetlało się wszystko to, czego nie oglądał bo zamykał powieki.
Za każdym razem kiedy uciekał wzrokiem, kiedy starał się nie patrzeć, zwyczajnie nie chciał się brudzić, chciał być czysty, biały, jasny. Teraz miał okazję w tej jasności pływać. Wlewała się ta mieszanka do nosa, przyspieszając oddech. Wlewała się do uszu sprawiając, że słyszał wyraźnie to, co zawsze starał się przykrywać czarnymi myślami.
Było tak jasno, że po pół roku z nadziei został wiór, który w świetle utonął i zaginął, i którego w świetle próbował bezskutecznie szukać. Najciemniej jest pod latarnią. To miejsce jak żywo zadawało kłam temu powiedzeniu. To miejsce było – jak się okazuje – karą, a miało być nagrodą. Chciał uciekać – nie miał gdzie. Chciał stać w miejscu i czekać – pochłania go rozświetlona otchłań.
Teraz albo nigdy – pomyślał. Otworzył usta i zaczął nabierać światła. Zaczął to światło nabierać, wdychać, wylepiać nim krwawiące dziąsła. Światło szukając nowych miejsc, ochoczo wypełniało jego usta i płuca. Kiedy już jego piersi świeciły się jak dwa brudne reflektory, zamknął usta i otworzył je ponownie. Tym razem gryzł to światło, kąsał bezlitośnie, wyrywał zębami promienie, refleksy. Przeżuwał większe, bardziej gorące kawałki. Czekał aż były chłodniejsze i połykał. Przełykiem wędrowały świetliste kawałki do żołądka, tam gromadziły się. Wypełniał się brzuch jego światłem, kwasy zaczęły przeżerać wypalone światłem ściany i wszystko to, czego tak bardzo się bał – cały jego wewnętrzny brud zaczął wylewać się dziurawym żołądkiem. Razem ze światłem, które szybko wybieliło brud, zamieniło go w ostre światło, które coraz szybciej zaczęło rozlewać się po ciele. Jego ręce i nogi pęczniały od nadmiaru żarzących się promieni. Korpus z każdą chwilą stawał się coraz okrąglejszy. W pewnym momencie poczuł się jak skórzany balon z kępkami włosów (ubrania pękły pod wpływem pęcznienia) – nogi przestały kojącą pewnością stykać się z podłożem, przewrócił się na obłe plecy, po czym zaczął unosić się w światłowietrzu. Delikatne podmuchy rodzących się promieni ciskały nim bezwiednie po całym pomieszczeniu. Kiedy przelatywał tak nad stołem, serdelkami palców chwycił wiór nadziei i mocno ścisnął. Nie miał pojęcia ile tego pomieszczenia przed nim, ile za nim. Wiedział tylko, że coraz cieńsza robi się jego skóra, ciągle od środka wypychana światłem. Nagle poczuł uderzenie. Ściana. Gwóźdź. Delikatny syk światłowietrza. Szybki ruch ręką.
Dryfował tak aż do końca tej opowieści. Zatkał się nadzieją. I tyle musiało mu wystarczyć.